WRZECIONO

rozmaitości

Przewodniki po Wrzecionie

Pani Edyta słusznie zwróciła mi uwagę, że w wydanym dwa lata temu Przewodniku po warszawskich blokowiskach Jarosława Trybusia (MPW, 2011), spory ustęp poświęcono osiedlu Wrzeciono. Postanowiłem zapoznać się z tym dziełem i jeszcze tego samego dnia nabyłem wyżej wymieniony przewodnik. 

 

obrazek.jpg

 

Zacznę od opisu ze strony 93, który stanowi krótkie wprowadzenie do omówienia różnych obiektów na osiedlu. Przytoczę ten tekst w całości:

 

Wrzeciono

Osiedle zwane wcześniej Brzezinami lub Młocinami, stanowi część Bielan i wznosi się po obu stronach ulicy Przy Agorze, przeciętej w dwóch punktach przez krętą ulicę Wrzeciono, przy której rozlokowano bloki. Zbudowano je dla pracowników pobliskiej Huty Warszawa na terenie dawnego lotniska Młociny. W latach 1961-1969, według projektu architektów Stefana Deubela i Lecha Zaborskiego, wzniesiono tu trzy-, cztero-, i dziesięciopiętrowe bloki dla około czterdziestu tysięcy mieszkańców. Osiedle ma wiele wad, z których największą jest niski standard mieszkań. Wiele z nich ma ciemne kuchnie, wiele - niedopracowane plany. Od lat dziewięćdziesiątych wolne przestrzenie pomiędzy starymi blokami w szybkim tempie wypełniają nowe budynki.

 

Wrzeciono dość długo otaczała niechlubna fama osiedla niebezpiecznego, głównie za sprawą osławionej grupy przestępczej Tomasza S., znanego w kręgach lokalnych bandytów pod pseudonimem Komandos. Budziła ona grozę swoją bezwzględnością wobec kupców z pobliskiego bazaru na Wolumenie, mając też na koncie wiele napadów i wymuszeń. Złą sławą dorównywali Komandosowi panowie o wdzięcznych ksywkach "Budyń" i "Abadon". Ich organizacje zostały rozbite, a "Komandos" w 2002 roku zginął od kul gangsterów z Pruszkowa. Od tego czasu Wrzeciono otrząsa się ze złych wspomnień, a jego wizerunek uległ już znacznej poprawie.

 

Życie tego zielonego osiedla toczy się pomiędzy podwórkami z placami zabaw, szkolnymi boiskami i centrum handlowym u zbiegu głównych ulic a laskami - Bielańskim i Lindego. Dotychczas wśród mieszkańców przeważali ludzie starsi - emerytowani pracownicy Huty Warszawa. Była ona pierwszą sprywatyzowaną hutą w Polsce, a do niedawna jedyną przynoszącą zyski. Prywatyzacja pociągnęła jednak za sobą zwolnienia i wycofanie się zakładu z łożenia na potrzeby społeczne i kulturalne jego pracowników - głównie mieszkańców Wrzeciona. Po prywatyzacji huty nastąpiła więc jego pauperyzacja. Mimo to, wraz z przybliżaniem się do osiedla linii metra, zaczęło się pojawiać coraz więcej chętnych do zamieszkania w tej okolicy. W związku z tym szybko zmienia się struktura społeczna Wrzeciona, a nowi jego mieszkańcy chwalą sobie dobrą komunikację z centrum miasta, bliskość prestiżowego Żoliborza i Lasku Bielańskiego. Zlokalizowany w lasku Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego jest dodatkowym atutem dzielnicy, czyniąc tutejszy adres pożądanym także przez studentów.

 

Stosunek mieszkańców do Huty Warszawa, obecnie Lucchini, zmienia się bardzo powoli. Wciąż jest to dla wielu miejsce kojarzące się źle - najpierw z pracą fizyczną, a potem z jej brakiem. Ale istnieje też piękna karta historii huty - miejsca strajków i demonstracji w okresie stanu wojennego, jednego z najaktywniejszych ośrodków oporu wobec władzy komunistycznej. To właśnie w Hucie Warszawa kapelanem robotników był ksiądz Jerzy Popiełuszko.

 

Rozumiem specyfikę pisania przewodników i pewną autorską wizję, czy subiektywny punkt widzenia, ale wobec tego tekstu mam szereg zastrzeżeń, których nie można jasno wytłumaczyć. Po pierwsze ten tekst jest o wszystkim, ale o osiedlu Wrzeciono jest tu najmniej. Huta, Lasek Bielański, wymuszenia Komandosa na bazarku Wolumen, UKSW, Popiełuszko - to oczywiście "dzieje się" tuż obok, ale to trochę tak, jakby pisać historię Polski zestawiając fakty przede wszystkim z dziejów Niemiec, Rosji, Austrii i Szwecji. Dobór wątków jest tu wyrywkowy i skrojony w gruncie rzeczy dość stereotypowo. Po przeczytaniu tego tekstu dostajemy taką oto wizję osiedla: licho zbudowane, robotnicze, biedne, kryminogenne, emeryckie. Podejrzewam, że taką opinię o osiedlu ma przeciętny warszawiak, mieszkający w innej dzielnicy. Ale czy Przewodniki nie powinien jednak oferować czegoś więcej, niż tylko powielania zasłyszanych opowieści i budzenia lęku przed czymś nieznanym?

 

Wygląda jednak na to, że Autor swoją wiedzę o osiedlu gromadził tylko do pewnego momentu. Huta od 2005 roku nie jest już własnością włoskiego koncernu Lucchini a luksemburskiej spółki Arcelor-Mittal, która m. in. współfinansowała budowę Mediateki - nowoczesnego centrum edukacji, łączącego funkcje biblioteki, domu kultury i miejsca spotkań lokalnej społeczności. Co do więzi społecznej na Wrzecionie, to akurat ta jest całkiem silna. Wbrew temu, co we wstępie do tej książki pisze Marlena Happach, największym zagrożeniem dla takich lokalnych wspólnot jest zawłaszczanie przestrzeni społecznej dla doraźnych prywatnych celów - tworzenie parkingów w miejscach placów zabaw, grodzenie płotem poszczególnych budynków czy likwidacja skwerów i zieleńców pod nową zabudowę.

 

Opis poszczególnych obiektów w dalszej części przewodnika po Wrzecionie, zasadniczo wpisuje się tak ujęte ramy wstępu. Dziwi mnie tylko nieobecność Jordanka i Dewulotu w tym zestawieniu, bo to jednak ważne miejsce na mapie osiedla, choć w pewnym sensie już tylko "historycznie".

 

Moje ogólne wrażenie po lekturze przewodnika, a w zasadzie jego części o Wrzecionie, bo o innych częściach miasta trudno mi jest tu wyrokować, jest następujące - Autor, jako przybysz z zewnątrz, opisuje przede wszystkim swoje lęki i wyobrażenia (zaczerpnięte z drugiej ręki?) na temat miejsc, które obiecywał pokazać w "innym świetle". Ja na podstawie jego tekstu jakoś nie dostrzegłem ani odmienności, ani uroku blokowiska Wrzeciono, nie mówiąc o jego polubieniu. To trochę tak, jakby napisać przewodnik o plemionach afrykańskich i używając co chwila wyrażeń typu "czarnuch", "małpa", "dzikus".

 

e.