Bloog Wirtualna Polska
Są 1 239 653 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Refleksje przybysza

czwartek, 09 lutego 2012 22:54

Dziś obszerny fragment refleksji z roku 1967 zaczerpnięty z tygodnika "Stolica"

 

Mieszkam na osiedlu Młociny. Jest tu ładnie, przyjemnie. Blisko park, las, Wisła. Dojazd do śródmieścia i innych dzielnic choć nie idealny, ale jest. Powietrze zdrowe, nie zadymione, nie zapylone jak w śródmieściu. Nie brak zresztą i mankamentów, które z czasem coraz bardziej dawały się zauważać. Bloków mieszkalnych przybywa bez przerwy dużo, ludzi przybywa. A sklepik do niedawna był tylko jeden.

 

Po latach, gdy już i budowlanym sprzykrzyło się ciągle przesuwać terminy, oddano wreszcie latem zeszłego roku pawilon — rotundę. Mieszczą się tu co ważniejsze sklepy. cóż, kiedy w międzyczasie osiedle już zrobiło się duże, chyba około 18 tysięcy mieszkańców. Kolejki i tłok w sklepach pozostały.

 


Okrąglak i perspektywa ulicy Wrzeciono w stronę Przy Agorze. Fot. J. Smogorzewski

 

Mieszkając w takim budującym się ciągle osiedlu można wiele zobaczyć. Aż serce boli na marnotrawstwo, na brak gospodarności, często w ogóle na brak logiki i zdrowego rozsądku. Buduje się na przykład dom, oddaje się go lokatorom bez elewacji. Wywozi się w międzyczasie gruz, układa chodniki, wyrównuje się teren, sieje trawę, sadzi krzewy i drzewka. Wszystko ładnie wygląda, tylko ten dom straszy brzydotą. Kiedy przychodzi czas na elewację, przedsiębiorstwo elewacyjne zwozi swoje urządzenia, sprzęt, materiały itd. lokując wszystko na pięknych trawnikach (no bo gdzie?). Po tej operacji blok jest piękny, ale tu, gdzie była trawa i krzewy, czernieje goła ziemia. Jeśli jeden blok stoi w odległości kilku metrów od drugiego, to według zdrowego rozsądku elewację powinny otrzymać jednocześnie. Ale tak nie jest, bo ten był w planie, a drugi, o krok od niego nie... Albo ulica Wrzeciono: tu gdzie jest osiedle, podobna jest do polnej drogi, a gdzie wybiega poza osiedle, gdzie będzie się budować w przyszłości, to położono już asfalt... Dziwna jest też komunikacja. Bo jak wytłumaczyć fakt zgromadzenia 6-12 tramwajów na końcowym przystanku przy hucie "Warszawa", jeśli do huty prowadzą tylko dwie linie? Czasem jedzie kilkanaście wozów jeden za drugim, a potem przerwa.

 

Na temat tych różnych denerwujących spraw można by narzekać długo; nie o to jednak chodzi. Władze stolicy robią co mogą i na pewno następuje systematyczna  poprawa we wszystkich dziedzinach życia.

 

Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej. Teraz, gdy mieszkam w Warszawie z górą trzy lata przyzwyczaiłem się do obecnego życia. Nie chciałbym zmienić miejsca zamieszkania. Tym bardziej, że lubię patrzeć jak rośnie Warszawa, jak pięknieje. [...]

 

A. M.

 

Źródło: "Stolica" nr 30 (1040), 23 lipca 1967, s. 7.

 

Artykuł był dwukrotnie dłuższy, ale pominąłem przydługie fragmenty życiorysu, opisy szoku cywilizacyjnego po przybyciu do stolicy, relacji koleżeńskich w Hucie "Warszawa" i wszystkie refleksje na temat poczucia "awansu na warszawiaka". Wszystkich zainteresowanych pełnym tekstem odsyłam do cyfrowej wersji "Stolicy", dostępnej na stronach Biblioteki Publicznej m. st. Warszawy >>

 

e.

 

PS. Serdeczne podziękowania dla Marcina (Wczoraj i dziśza podesłanie artykułu.

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

5 lat na ulicy Przytyk

wtorek, 18 października 2011 11:14

Kolejna porcja wspomnień - tym razem sprzed 15 lat. Niby niedawno, niby wszyscy to pamiętamy, a jednak... Zapraszam do lektury.

 

e.

 

Na ulicę Przytyk trafiłem przypadkiem w roku 1995. Kumpel wynajmował tu mieszkanie (2 pokoje) i potrzebował współlokatora, żeby „obniżyć koszty” najmu. Moje pierwsze wrażenie nie było powalające – reklamowane przez kumpla „zielone Bielany” okazały się dość ponurym, szarym blokowiskiem. Mieszkanie miało dwa przechodnie pokoje i maluteńką kuchnię, w której dwie osoby mieściły się z trudem. Ale byłem świeżo po studiach, rozpoczynałem pierwszą pracę, więc nie bardzo narzekałem. Perspektywa dojazdów z Nowego Dworu Mazowieckiego, gdzie mieszkałem do tej pory, też nie bardzo mi się uśmiechała, więc zgodziłem się bez większego namysłu. W tamtych czasach o osiedlu krążyły niesamowite legendy. Znajomi ze studiów, kiedy opowiadałem im, że mieszkam pod Hutą kiwali głową i pytali, czy jest strasznie i czy wychodzę po zmroku na ulicę. Oczywiście początkowo nie zapuszczałem się w głąb osiedla. Do pracy jeździłem głównie autobusem 515 z przystanku Przytyk, zakupy robiłem w Hali Marymonckiej, czasem na bazarze wolumeńskim i w ten sposób minęło mi jakieś pół roku. Raczej nie miałem w tym czasie większej okazji na poznanie osiedla. Nazwa Wrzeciono wtedy też chyba jeszcze specjalnie nie funkcjonowała, przynajmniej w użyciu mieszkańców. O wiele częściej słyszałem wówczas nazwę Brzeziny. Sam mówiłem znajomym, że mieszkam na Bielanach, nieopodal Huty Warszawa. Rejony te w opinii większości warszawiaków miały charakter slumsów i blokerskiego getta, gdzie jest wyjątkowo niebezpiecznie.

 

16.08.2009. Ulica Przytyk przed modernizacją — widok od strony wylotu na ulicę Kasprowicza. Fot. enejeio


Tymczasem nastała wiosna i wokoło się zazieleniło. Z przyjemnością w wolnych chwilach wybierałem się ze znajomymi do pobliskiego Lasku Bielańskiego. W ciepłe dni siadaliśmy sobie na ławeczce i gawędziliśmy wesoło, popijając piwko. Wtedy jeszcze można było pić browar pod chmurką bez szczególnych konsekwencji. Ale wiosna ożywiła także inne czynniki. Z piwnicy sąsiada, którejś nocy skradziono rower. Złodzieje musieli mieć dobre rozpoznanie i chyba wiedzieli, gdzie i po co idą, bo tylko jedna piwnica w całym skrzydle została otwarta. Rower był chyba z tych droższych, ale specjalnie go nie zapamiętałem, ani nie widziałem sąsiada jak na nim jeździł. Pamiętam też którejś soboty pobudkę około 6 rano. Na parkingu pod blokiem słychać było trzask pękającej szyby a następnie włączył się autoalarm. Z balkonu widziałem 3 gówniarzy uciekających ze skradzionym radiem. Ale ogólnie było całkiem bezpiecznie i krążące legendy nie znajdywały potwierdzenia w rzeczywistości. Na ulicach spotykało się głównie staruszki i szkolną młodzież z podstawówki leżącej między ulicami Przytyk i Antyczną. Nawet kibice Legii wracający po meczach i śpiewający swe pieśni, stanowili raczej ciekawy element miejskiego folkloru, niż jakiekolwiek zagrożenie. Nikt nigdy mnie tu nie zaczepił na ulicy, a prośby o papierosa kierowali zazwyczaj biedni emeryci.


Któregoś razu dostałem do skrzynki awizo - wezwanie na pocztę po odbiór przesyłki poleconej. Był z tym pewien kłopot, ponieważ nie miałem w dowodzie wpisanego zameldowania. Poczta mieściła się na drugim krańcu osiedla w tzw. Okrąglaku. Tak daleko nigdy wcześniej się nie zapuszczałem, ale spacer wzdłuż ulicy Wrzeciono uświadomił mi, że wije się ona przez całe osiedle i ma dwa wyloty. Powoli oswajałem się z najbliższą okolicą i coraz częściej korzystałem z miejscowych sklepów. Oczywiście numer jeden to było targowisko na Wolumenie. W piątki odbywał się tu targ rolny a w niedziele, na giełdzie elektronicznej, można było kupić za „dychę” wszystkie najnowsze płyty czy programy komputerowe. Sam „Agora” raczej odpychał mnie swoją obskurnością i długimi kolejkami, zakupy robiłem tu tylko wtedy, gdy nie chciało mi się jechać np. do Leclerca na Wólczyńską. Wokół samu rozciągał się też mały bazarek i tu czasami zaglądałem, kiedy trzeba było kupić zieleninę, a na Wolumenie nie było akurat targu.

 
Na samej ulicy Przytyk – cichej, niepozornej i prawie zupełnie nieznanej większości warszawiaków, mieścił się wówczas sklep meblowy w małym budynku tuż przy wylocie ulicy. Obok parkingu nieopodal ulicy Kasprowicza znajdowała się także budka z pieczonymi kurczakami, co było bardzo wygodne w prowadzeniu naszej „kawalerskiej kuchni”. Co ciekawe były też dwa kioski ruchu, odległe od siebie o 50 metrów, z tym, że ten drugi znajdował się już po drugiej stronie ulicy Kasprowicza, czy na Wawrzyszewie. „Nasz” kiosk oblegali głównie taksówkarze, którzy tuż obok mieli swój postój.


Czas płynął szybko i ani się obejrzałem, jak minęło pięć lat mieszkania w bloku na ulicy Przytyk. Mimo pewnego zżycia się z Wrzecionem, osiedle w moim ówczesnym odczuciu zmieniało się na gorsze. Było zaniedbane, brudne i trochę pozostawione „na pastwę losu”. W 2000 roku właściciel mieszkania postanowił je sprzedać. Nie było rady, trzeba się było rozglądać za nowym lokum, ale  cała sytuacja pomogła przy okazji w podjęciu ważnych życiowych decyzji. Krótko przed końcem wakacji przeprowadziłem się wraz z moją dziewczyną do nowego mieszkania na Kabatach. Tam już doskonale funkcjonowało metro, podczas gdy na Bielanach była to wciąż jeszcze odległa wizja. A i standard życia był nieporównanie lepszy. 

 
Niedawno (wiosna 2011) trafiłem przypadkiem na bloga o Wrzecionie, którego przeczytałem z wielkim zainteresowaniem. Postanowiłem też coś od siebie napisać, ale wcześniej zawitałem na ulicy Przytyk ponownie. Nie mogłem się nadziwić zmianom, jakie tu zaszły. Choć opuszczałem Bielany bez specjalnego żalu, to jednak „zostawiłem” tu przecież kawałek swojego życia i wizyta na „starych śmieciach” miała charakter trochę sentymentalny. To jednak prawda, że metro zmienia całą okolicę nie do poznania. Mój blok odmalowany w pięknych pastelowych kolorach, nowa nawierzchnia ulicy, parkingi, uporządkowana zieleń. Trudno było uwierzyć, że to ta sama ulica, przy której spędziłem 5 lat swego życia! I chyba tylko bazar Wolumen wciąż wygląda tak samo „dziadowsko” jak kiedyś, choć zlikwidowano pod metro najbardziej odpychającą „część mięsną” bazaru po wschodniej stronie ulicy Kasprowicza.


Darek S. (nazwisko znane)


Podziel się
oceń
1
2

komentarze (8) | dodaj komentarz

JW 1159

wtorek, 19 lipca 2011 12:43

Pisząc jakiś czas temu mój skromny artykulik o historii jednostki wojskowej na Wrzecionie (czytaj tutaj >>), liczyłem po cichu, że odezwie się ktoś, kto miał "przyjemność" w niej służyć. Kiedy jednak zamejlował do mnie Czesław z Zielonej Góry, a następnie wysłał mi swoje wspomnienia, byłem wniebowzięty. Tekst i zawarte w nim informacje przeszły naśmielsze moje oczekiwania. Okazało się, że były dwie sąsiadujące ze sobą jednostki, a życie w nich, choć zza płotu jawiło się jako monnotonne, obfitowało w ciekawe wydarzenia. Zresztą, żeby zanadto nie przedłużać, zapraszam do lektury.

 

e.

 

 

W kwietniu 1971 zostałem powołany do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Trochę później niż mój rocznik (urodzeni w 1951), przez co sądziłem błędnie, że upiecze mi się w ogóle. Do wojska miałem stosunek wybitnie negatywny, a do przymusowej służby wojskowej w szczególności. Sympatyzowałem jak większość młodych ludzi wówczas z pacyfistycznymi ruchami zachodnimi związanymi z muzyką młodzieżową a zwłaszcza z poglądami Johna Lennona. „Bilet do woja” przyjąłem więc z nieukrywanym niezadowoleniem. Jednak jakież to było dla mnie szczęście w nieszczęściu, gdy przeczytałem że chodzi o Warszawę. 


Warszawa była przedmiotem moich fascynacji od wczesnego dzieciństwa – mieszkałem i nadal mieszkam w Zielonej Górze. Do babci jeździłem bowiem do Białej Podlaskiej i w związku z tym dwukrotnie co roku przejazdem byłem w Warszawie. Były to jednak pobyty krótkie, przesiadkowe tylko, w żadnym stopniu nie turystyczne i nie pozwalające na zwiedzanie. Pamiętam z najwcześniejszych podróży warszawskie ruiny widoczne nawet z istniejącego już Dworca Głównego. Najbardziej na moją wyobraźnię działał Pałac Kultury i Nauki. Nie było mi jednak dane zbliżenie się choćby do niego, a co dopiero zwiedzenie czy wjazd na legendarny taras widokowy. 


Adres JW 1914 do której zostałem powołany to ul. Podchorążych 38. Natychmiast ustaliłem, że to prawie w Parku Łazienkowskim i radość moja była ogromna. Pomyślałem że teraz to dopiero zwiedzę moją ukochaną Warszawę. Okazało się, że Łazienki zobaczyłem dopiero po kilku miesiącach. Nie wiedziałem bowiem, że Nadwiślańska Jednostka MSW do której trafiłem, wiosenny rocznik poboru wysyła na tzw. unitarkę do Raducza, koło Skierniewic. Podstawowe przeszkolenie trwało tam pełne dwa miesiące (dłużej niż w MON), a ponadto znalazłszy się w kompanii szkolnej przedłużyłem sobie tam pobyt do 6 miesięcy. Moje marzenia o zwiedzaniu Warszawy spełniły się więc dopiero pół roku później, po powrocie na ul. Podchorążych i rozpoczęciu Szkoły Podoficerskiej. Nie było to do końca takie proste, bo w owych czasach na przepustkę można było wyjść jedynie w mundurze, a moja jednostka łatwo rozpoznawalna przez charakterystyczne umundurowanie (granatowe patki i otoki, oficerskie pasy, bryczesy i wysokie buty) nie cieszyła się sympatią dzielnych chłopców z WSW, którzy starali się ze wszech miar zniechęcić nas do penetrowania śródmieścia Warszawy. Częściowo im się to udawało.


Szansa na lepsze poznanie Warszawy pojawiła się niespodziewanie, kiedy otrzymałem przeniesienie do 103 Pułku Lotniczego Nadwiślańskiej Jednostki MSW, którego część usytuowana była przy ul. Marymonckiej na Bielanach. Zmiana umundurowania uwolniła nas od wspomnianych kłopotów z WSW.

 
Wrażenie jakie wywarły na mnie koszary JW 1159, które tu ujrzałem, było przygnębiające. W kontraście z elegancją i wytwornością koszar i otoczenia jednostki macierzystej (siedziby brygady) to było po prostu zwykłe dziadostwo. Nawet jak na tamte czasy wygląd tej jednostki nie korespondował z poziomem i wymaganiami, zarówno stolicy, jak i tej formacji (zwanej potocznie ochroną rządu). 


Z tego co pamiętam, w jednostce były dwa równoległe, dość długie, obskurne baraki. Jeden biegł w kierunku transformatora znajdującego się w sąsiedztwie bramy na ul. Marymonckiej. W nim prawdopodobnie były biura, magazyn, kuchnia, stołówka i stanowisko oficera dyżurnego. W drugim usytuowanym bliżej wielkiego bloku mieszkalnego Marymoncka 125, znajdującego się na tyłach stacji benzynowej, mieściły się pomieszczenia koszarowe, a także świetlica oraz biuro przepustek dla ruchu pieszego. Przez ten barak i równoległy do niego trawnik wychodziło się do furtki w kierunku wspomnianego bloku oraz ul. Lindego. W miejscu obecnego połączenia ul. Wrzeciono z ul. Lindego był prawdopodobnie niewielki parking i warsztat samochodowy. Pomiędzy długimi barakami był plac apelowy, na którym odprawiane były również warty. Przy uliczce (wtedy wyłożonej trylinką) biegnącej do bramy na ul. Marymoncką znajdowała się wartownia. Nie pamiętam niestety, co znajdowało się w narożniku terenu przy stacji benzynowej, ale wydaje mi się że południowy barak nie dochodził do ogrodzenia przy Marymonckiej. Coś tam jeszcze było... Natomiast od północy sąsiadowaliśmy z inną jednostką wojskową, o której mówiliśmy „rakietówka”, ale życie u „nich” i u „nas” toczyło się całkowicie odrębnym rytmem. Teren wojskowy na Wrzecionie podzielony był więc między dwie odrębne formacje. Były one podobnie umundurowane, stąd być może wynikało wrażenie jednolitości u postronnych obserwatorów. Moja jednostka była otoczona siatką rozpiętą na betonowych, ale wygiętych u góry słupach, sąsiednia natomiast miała słupki proste.

 


Fragment rosyjskiej mapy sztabowej z 1981 roku z zaznaczonymi budynkami na terenie jednostek wojskowych, nadesłanej przez Autora wspomnień. Błękitną linią zaznaczyłem granicę terenu wojskowego.


Nagrodą za zmianę umundurowania i otoczenia był znacznie większy luz jaki tam zastaliśmy. W tych małych koszarach znajdowała się nasza kompania wartownicza, chroniąca część lotniska Babice (Bemowo) należącą do MSW, oraz małe pododdziały, których nie umiem dzisiaj nazwać, ale pamiętam że złożone były z żołnierzy służby zasadniczej, wyszkolonych na lotniczych specjalistów. Zajmowali się oni obsługą techniczną wojskowych samolotów na lotnisku. Byli tam również spece od łączności radiowej i chyba radiolokacji. W parku samochodowym stały bowiem duże samochody ciężarowe z obudowanymi skrzyniami i dużymi antenami. Być może zasługą tych prawie zawodowych żołnierzy było wrażenie senności i nudy jakie odnosili obserwatorzy zza płotu. Jednak większość żołnierzy posiadała przepustki stałe i miała możliwość opuszczania koszar. Ponadto w godzinach popołudniowych wyjście na tzw. lewiznę nie stanowiło problemu, bowiem w jednostce pozostawał jeden żołnierz zawodowy (oficer dyżurny), a wśród zasadniczych panowała iście rodzinna atmosfera. Ponadto ogrodzenie terenu nie wiele było szczelniejsze od obecnego.


Powoli zbliżyliśmy się do tematu obyczajów panujących w jednostce. Niestety muszę przyznać, że pobyt tam to dla mnie pierwsze w życiu doświadczenia z alkoholem na większą niż rozsądek skalę. Pamiętam wyprawy do okolicznych barów na Kasprowicza (Hutnik) i w inne okolice oraz po hurtowe ilości win z koszem na bieliznę. Osobiście w nich nie uczestniczyłem (byłem podoficerem, dowódcą plutonu), ale w degustacjach już tak. Były to czasy zdobywania polskiego rynku przez Coca-Colę, i Pepsi. Ćwiczyliśmy więc takie wynalazki jak drinki cola + rektyfikat. Oczywiście nie w kieliszkach, robiło się to na całe butelki. Do dziś nie popijam wódki colą w żadnym wydaniu. Z alkoholem związane są też konflikty z mieszkańcami wspomnianego bloku Marymoncka 125. Bywało bowiem, że trawnik między barakiem, a tym blokiem zakwitał butelkami po jabcokach i nie dało się zwalić na okolicznych pijaczków, bo te „kwiatki” wyrastały po obu stronach ogrodzenia. Mieszkańcy bloku interweniowali kilkakrotnie, ale zawsze rozchodziło się po kościach. A podobno mieszkali w nim żołnierze zawodowi.


Pamiętam natomiast incydent, przez który o mały włos sam nie podpadłem. Krótko przed Sylwestrem 1972/73, ci od samolotów (nie pamiętam jak ich nazywaliśmy) poprosili mnie, jako podoficera po szkole piechoty, obytego ze środkami pozoracji pola walki, abym pokazał im jak się uruchamia granat dymny. Wykombinowali gdzieś petardy i takie właśnie granaty i chcieli na Sylwestra je użyć, a nie mieli o tym pojęcia. Pokaz zorganizowaliśmy w jednym z tych radiolokacyjnych samochodów przy zamkniętych drzwiach. To miało być bez odpalenia – na sucho. Popisując się nonszalancko, z jaką swobodą potrafię oddzielić potarkę od granatu, przypadkowo pociągnąłem nią po główce zapalnika i mieliśmy dym. Dosłownie. Ciasne pomieszczenie wozu, w którym znajdowało się kilka osób i masa sprzętu elektronicznego wypełniło się błyskawicznie gęstym dymem, na szczęście nie łzawiącym czy bojowym tyko maskującym, ale panika powstała straszna. Wszyscy po omacku rzucili się ku zamkniętym na zamek patentowy (tak! tak! typu yeti) drzwi i po ich gwałtownym otwarciu wypadli w kłębach dymu po metalowych schodkach na trawnik. Mieszkańcy bloku 125 mieli ten widok jak na dłoni, nic więc dziwnego, że wkrótce nadjechała straż pożarna, nie wiem czy wojskowa czy cywilna. Cywilna nie miała daleko, bo przy Al. Zjednoczenia była jednostka. Oficer dyżurny odprawił ich jednak, bo w międzyczasie dostał od załogi tego wozu informację, że palą w piecyku jakieś papiery. Te auta miały normalny „żelaźniak” na pokładzie, było to więc całkiem prawdopodobne. Chłopcy popisali się więc refleksem i uratowali sobie i „instruktorowi” d.... , ale wstyd pozostał.


Do specyficznych atrakcji umilających monotonię życia w naszej jednostce należały wizyty patroli WSW ścigających żołnierzy, którzy nie wyrazili ochoty na kontakt bezpośredni, czyli z różnych powodów nie chcieli być legitymowani. Z okolicznych ulic, a najczęściej z Lasku Bielańskiego najwygodniej było nawiać do naszej słynącej z solidarności i tolerancji jednostki. Nieważne, z jakiej był delikwent. Tutaj miał azyl. Jak przeskoczył ogrodzenie i trafił na otwarte okno – był uratowany. Zanim patrol WSW załatwił wejście na biurze przepustek, zanim spotkał się z oficerem dyżurnym, uciekinier był dobrze schowany albo przebrany w nasze umundurowanie.


Jedna z wizyt WSW nie należała jednak do szczególnie zabawnych. Otóż pewnego dnia, a było to piękne niedzielne przedpołudnie, padł pojedynczy strzał z ostrej amunicji. Kto i dlaczego strzelał – nie wiadomo. W jednym z mieszkań w bloku nr 50 przy ul. Wrzeciono stwierdzono przestrzelinę w oknie. Nie wiem czy znaleziono pocisk, ale balistycy z WSW wyliczyli, że strzał padł z okolicy naszej wartowni obok transformatora. Jednak to tak blisko ogrodzenia, że nie udało się ustalić, która jednostka jest za to odpowiedzialna. Nie pamiętam jak się to skończyło, prawdopodobnie śledztwo z braku dowodów i świadków szybko umorzono, ale przeżyliśmy trochę paniki – różnych przesłuchań, kontroli i ogólnego dokręcania śruby. 

 

Fragment wojskowej instrukcji z lat 70.


Pobyt w jednostce umilały nam także okoliczne dziewczyny. Nie wiem czy tak było w pobliżu innych jednostek, ale myślę, że w przypadku naszej, bliskość Lasku Bielańskiego miała istotne znaczenie. Pod jednostkę przychodziły dziewczyny w różnym wieku, w różnym stanie (czyli pod wpływem różnych środków) i o różnym temperamencie. Bywało, że niemal bez słów i całkiem bezpłatnie można było skorzystać z usług, w dość dużym, jak na tamte czasy repertuarze. Choć o tym zjawisku zazwyczaj się milczy, należało ono do smutnej codziennej rzeczywistości tamtych dni. Zdarzało, że dziewczyna spędzała całą letnią noc z żołnierzami i za jakiś skromny poczęstunek, papierosa czy kilka piw obsługiwała trudną do ustalenia liczbę młodych "ogierków", niekiedy nawet kilkakrotnie. Za „miejsce schadzek” służyły zarośla wokół transformatora. Pamiętam, że od strony sąsiedniej jednostki były jakieś krzaki, a może i zabudowania, a od naszej strony można tam było dojść bez trudu chyba przez dziurę w płocie. Niektórzy z tych usług seksualnych bezwstydnie korzystali. Bezpośrednia bliskość wartowni i transformatora ułatwiała wykonywanie tego „zadania bojowego”. Jednak bywało to wyłącznie na tzw. zmianie odpoczywającej, bo służba na posterunku to była w Nadwiślańskiej świętość. Miejsce za transformatorem nazywaliśmy – jakże by inaczej – „małpim gajem”. A ci, którzy poszukiwali „większej prywatności” z dziewczynami, biegali zazwyczaj do Lasku Bielańskiego, najczęściej wieczorową porą. Czasami zdarzały się też pobyty dziewcząt na salach żołnierskich i oczywiście to też nie były narzeczone.

 
Nie wiem czy nauczyciele z pobliskiego ogólniaka, wiedzieli co czynią zapraszając tak zdemoralizowanych osobników na zabawy taneczne dla klas z dużą przewagą dziewczyn. Uczestniczyłem, w takich zabawach, ale jako grajek. Mieliśmy bowiem mały, bo trzyosobowy zespół muzyczny, który mimo ubogiego brzmienia, choć staraliśmy się naśladować Cream i Hendrixa, zapewniał niezłą zabawę. To też pomagało chwilowo zapomnieć o prozie naszej ówczesnej koszarowej  egzystencji. 


Czesław  K. [nazwisko znane]


Podziel się
oceń
5
2

komentarze (21) | dodaj komentarz

Gitowcy z Wrzeciona

czwartek, 05 maja 2011 21:40

Mieszkałem na Wrzeciono 52 i doskonale pamiętam wyścigi rowerowe opisane przez Darka Jukiela (czytaj tutaj). Uczestniczyłem w nich na składaku „Sokół”, którego dostałem na I komunię. Wtedy nie było dużego wyboru, jak dziś, ale i tak byłem z niego dumny. Były jeszcze rowery o nazwie „Karat” i już to wystarczało by wszczynać podwórkowe dywagacje, który model jest lepszy.


W ogóle na naszym podwórku cały czas działo się coś ciekawego. Wielkimi wydarzeniami były pożary osiedlowego śmietnika, wywoływane celowo lub powstałe przez przypadek. Niezapomniany swąd i trzask pękającego dachu krytego eternitem dostarczał nam wielu emocji. Przy śmietniku, gdzie był  trzepak koncentrowało się życie towarzyskie starszych dzieci, bo maluchy siedziały raczej w piaskownicy. W śmietniku można było zawsze znaleźć coś ciekawego. Ludzie wynosili rozmaite rzeczy. Pamiętam książkę o majorze „Hubalu” tam znalezioną oraz tomiki tak zwanych „tygrysów”, książek o tematyce związanej z II wojną światową. Znalezienie rzeczy wyniesionej ze śmietnika przez władze rodzicielskie groziło awanturą i laniem, ale nikt się do takich porażek nie przyznawał.

Wśród rówieśników obowiązywał pewien nie pisany kodeks podwórkowy. Trzymaliśmy fason nadrabiając miną, skrycie masując obolałe pośladki. Mieliśmy też swoją podwórkową organizację o dumnej nazwie: Organizacja Związku Sprawiedliwych (OZS). Pomysł zaczerpnęliśmy z książki dla młodzieży autorstwa Ryszarda Liskowackiego Związek Sprawiedliwych (1962). Nasza organizacja, podobnie jak ta książkowa, miała bardzo szczytne cele: samopomoc koleżeńska, zwalczanie lizusów, pomaganie słabszym, samoobrona przed starszymi osiłkami. Zrobiliśmy sobie nawet legitymacje, no bo przecież każda poważna organizacja musiała mieć legitymacje członkowskie. W swojej figuruję pod pseudonimem „Strażny Tygrys”, pisanym przez „ż”.

Zapadły mi też w pamięci podwórkowe wojny, jakie nasz  blok Wrzeciono 52 w koalicji z  sąsiednimi z Szegedyńskiej toczył z blokami od strony ulicy Lindego i Szubińskiej. Były to starcia na kije i kamienie. Czasami dochodziło nawet do „walki wręcz”. Przypominam sobie, że kiedyś szalę zwycięstwa na naszą stronę mimo liczebnej przewagi przeciwnika przechylił głuchoniemy kolega. Nie pamiętam jak się nazywał. Szedł do ataku jak lokomotywa. Pobudzeni  jego odwagą wypędziliśmy napastników z naszego podwórka. Raz  z takiej awantury wyszedłem z rozbitym czołem, w które oberwałem kamieniem. Gdy zalany krwią wszedłem do mieszkania, mama się przeraziła. Zimą budowaliśmy zazwyczaj śniegowe fortece, których w kilku broniliśmy przed zdobyciem. Walka toczyła się na śnieżki. Raz zostałem sam, bo koledzy zrezygnowali z walki i porozchodzili się do domów. Obrzucany śniegiem przez napastników ze wszystkich stron wyglądałem jak bałwan. W desperacji chwyciłem deskę z osiedlowej ławki i jak wariat rzuciłem się na atakujących. Przyłożyłem jednemu w plecy. Pozostali uciekli. Dumny ze skutecznej obrony, przemoczony do suchej nitki wróciłem do domu. Za chwilę jednak rozległ się dzwonek do drzwi. Na skargę przyszła matka uderzonego przeze mnie chłopca. Krzyczała, że mogłem zabić jej syna... Takie to były podwórkowe zmagania, zupełnie jak w Chłopcach z Placu Broni Molnara.

Modną zabawą było strzelanie z rurek ryżem lub kulkami z plasteliny. Traktowane jako wybryk chuligański, tępione przez dorosłych. Rurka im dłuższa tym lepsza, bo miała większą donośność. Rozbieraliśmy w tym celu zazwyczaj długopisy, ale najsprytniejsi dysponowali bardzo długimi rurkami ze szkła albo metalu. Najczęściej strzelano w szkole, na lekcjach. Groziła za to uwaga w dzienniczku, obniżenie oceny ze sprawowania i wezwanie rodziców do szkoły. Czasem też odbywały się podwórkowe bitwy na rurki. Po czym można  poznać uczestnika takiej wojny nawet gdy ukrył rurkę? Po wypchanych jak chomik policzkach, gdzie przechowywał amunicję w postaci ryżu. Trafienie ziarnkiem w twarz odczuwało się bardzo boleśnie.

Inną powszechną zabawą były tak zwane „kopcie”. Były to kawałki starej kliszy fotograficznej, które podpalone i wrzucone do pudełka po zapałkach dawały gryzący smród i kłęby czarnego dymu. Takie „kopcie” z upodobaniem rzucali starsi koledzy w czasie projekcji filmów. Do szkoły nr 263, na Szegedyńskiej, przyjeżdżało bowiem dość często kino objazdowe. Projekcje odbywały się wieczorami, po lekcjach, na szkolnym korytarzu. Rzucenie takiego kopcia przy pełnej widowni dawało efekt podobny do pożaru w b...

Mówiono, że celowali w tym „gitowcy”. Owa młodzieżowa subkultura przeżywała w pierwszej połowie lat 70. swój rozkwit. Gitowcy na wzór recydywistów tatuowali sobie kropki pod okiem, „dziargali się”, robili „sznyty”. Modne było „braterstwo krwi” pieczętujące dozgonną przyjaźń między gitami. Nacinali sobie żyły i wzajemnie wkrapiali swoją krew. Na przerwach strach było wejść do toalety, gdzie królowali. Groziło to podtopieniem słabszych i młodszych w muszli klozetowej, lub „wywróceniem kieszeni” – gitowcy pobierali bowiem haracz. Mówili: „te małolat kopsnij dwójkę”. Wypłacali też tak zwaną „mukę”. W tym celu markowali uderzenie w podbrzusze, mówiąc: „muka”. Gdy atakowany odruchowo się zginał dostawał „fangę” w czoło ze słowami: „była, jawna”.  Padało pytanie: „z przystawką, czy bez”? Jak byś człowieku nie odpowiedział, dostawałeś z łokcia pod brodę. To były zwyczaje przyniesione spod celi. Modne były także „parolki”. Git człowiek dmuchał w twarz mówiąc „parolek” i historia się powtarzała.



Fragment komiksu Wyzwanie dla silniejszego (z serii Kapitan Żbik, nr 39, 1978, rys. J. Wróblewski), ilustrujący napad gitowców na chłopca wracającego ze szkoły do domu z pieniędzmi klasy zebranymi na wycieczkę.


O gitowcach krążyły wówczas barwne legendy. Opowiadano na przykład, że prześladowany przez nich chłopak, nie wytrzymał i powiesił się w Lasku Bielańskim. W Lasku Lindego nad strumykiem była kładka, gdzie podobno często stawali i pobierali „myto” od przechodzących małolatów. Gitowcy mieli swój własny język, o którym bardzo często rozmawialiśmy na podwórku. Niektóre słowa, takie jak: małolat, zgred (rodzic), brajdak (brat), kwadrat (mieszkanie), chętnie w tamtym czasie przejmowaliśmy na własny użytek.

Z tymi gitowcami to jednak było tak, że dużo się o nich mówiło, ten czy tamten przejmował jakieś zasłyszane od innych opowieści, zwykła łobuzerka pozowała trochę na git-ludzi dla fasonu, ale czy prawdziwi gitowcy wówczas na Wrzecionie byli, trudno to jednoznacznie stwierdzić. Tak czy inaczej gitowcy i ich mroczna legenda była ważną częścią naszego dzieciństwa lat 70-tych.

Zeta [imię i nazwisko znane]

 

Ostatnimi czasy rozwiązał nam się worek ze świadectwami, co mnie (i mam nadzieję, że także wszystkiuch moich czytelników) niezwykle cieszy. Dziękuję wszystkim za miłe maile i słowa uznania dla mojej "działalności". Jednocześnie proszę wszystkich o cierpliwość, staram się wszystkie teksty bardzo uważnie czytać i w miarę możliwości także badać. Ponawiam także prośbę o kolejne teksty wspomnieniowe — literatury faktu nigdy dość!

 

e.


Podziel się
oceń
7
1

komentarze (8) | dodaj komentarz

Fabryczka

środa, 12 stycznia 2011 11:26

Stałym elementem wrzeciońskiego krajobrazu była na przełomie lat 60. i 70. tzw. Fabryczka. Zakład ten, produkujący elementy wielkopłytowe, z których budowano osiedle Wrzeciono, mieścił się dokładnie w miejscu budynków późniejszego hotelu robotniczego „Agora” i graniczył z teren Jordanka, na którym wtedy spędzaliśmy dużo czasu. Na ogrodzonej posesji zakładu znajdował się budynek z czerwonej cegły, taki starej daty, dość wysoki, w porównaniu do budynku mieszkalnego — sięgał bowiem mniej więcej 3 pietra wysokości. Na tyłach tej hali, aż do samego ogrodzenia przy Jordanku, ustawiony był specjalny balon, w którym także odbywała się sezonowa produkcja (zobacz foto >>). Miedzy Fabryczką a terenem Szkoły Podstawowej nr 263 był kawałek dzikiego terenu zarośniętego zielskiem, czasami korzystaliśmy z niego jako miejsca na ognisko, w którym piekło się ziemniaki. W tamtych czasach organizowaliśmy sobie czas w różny sposób, a głównym miejscem spotkań był podwórkowy trzepak. Tam też powstawały pomysły na to, co robimy dalej i tak się jakoś rozwijało. Wracając do fabryki, jej teren od strony przychodni kończył się trochę bliżej niż obecne ogrodzenie kościoła, tam było takie dzikie boisko, ale dość duże jak na nasze „możliwości” pokopania piłki. Grali tam zazwyczaj strasi chłopcy. Od strony ulicy Przy Agorze fabryka kończyła się dosłownie kilka metrów wcześniej niż obecne ogrodzenie z wejściem głównym do kościoła. Od tej strony znajdowała się główna brama do zakładu. W jej pobliżu przez wiele lat stała całoroczna strzelnica, była to mała budka na planie mniej więcej kwadratu. Kiedy zniknęła, nie pamiętam.


Orientacyjna lokalizacji Fabryczki

 

Po likwidacji wytwórni wielkiej płyty właziliśmy często na jej teren, zwłaszcza do opuszczonej hali produkcyjnej. Wynosiło się stamtąd różne „przydatne” pozostałości, szczególnie cenny był karbid, z którego się potem strzelało. Grunt na którym wcześniej znajdował się balon był mocno zalany wieloma warstwami zaschniętego cementu. Tworzyło to rodzaj twardej skorupy, która musiała być usunięta. Do jej likwidacji zaprzęgnięto wojsko, które wysadzało to klepisko małymi fragmentami. Cała operacja odbywała się bodaj na wiosnę. Byłem wtedy uczeniem Szkoły Podstawowej nr 263 i dobrze pamiętam, jak w czasie lekcji słyszeliśmy dość często głośne "Bum!", aż brzęczały szyby. Była to dla nas duża atrakcja i oczywiście po każdym wybuchu wszyscy uczniowie biegli zaraz do okna. Wysadzany mały fragment betonu był nakrywany taką duża metalową skrzynią, która po wybuchu leciała do góry, więc jak się szybko dobiegło do okna, to można było tę skrzynię zobaczyć jak spada na ziemie. Zakładane przez wojsko ładunki nie były duże, ale towarzyszące temu efekty dźwiękowe i wizualne były dobrze widoczne, łącznie z chmurka pyłu. Przy odrobinie szczęścia można było zaobserwować całość efektów, najpierw podskakującą skrzynię, potem wylatujący obłok pyłu, a z lekkim opóźnieniem słychać było "Bum!". Po uprzątnięciu terenu powstało tu na pewien czas nieco mniejsze boisko, a pod koniec lat 70. rozpoczęto tu budowę hotelu "Agora".



 

PS. Z głębokim smutkiem publikuję dziś fragment wspomnień poświęconych przeszłości Wrzeciona. Ich Autor odszedł od nas niespodziewanie przed miesiącem. Tekst zamieszczam bez ostatecznej autoryzacji, ale jestem pewien, że Autor nie miałby mi tego za złe. Chcę mu w ten sposób podziękować za wszystkie maile z cennymi uwagami na temat osiedla, a jednocześnie upamiętnić w pewnym sensie Jego ślad w naszej lokalnej historii.

e.


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

czwartek, 27 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  145 426  

O moim bloogu

Jest wiele osiedli w Warszawie, Wrzeciono jest tylko jedno.

O mnie

enejeio

Dotknięcie przestrzeni, w której żyjemy, poznanie materii, która nas otacza, spotkanie innych ludzi na swojej drodze, to najlepszy sposób na poznanie samego siebie.

enejeio@wp.pl

Wymiana

Masz jakieś materiały, stare dokumenty, fotografie, świadectwa, wspomnienia dotyczące osiedla Wrzeciono? Podziel się z innymi! Warunki udostępnienia lub wymiany do uzgodnienia.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Ulice














Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 145426

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl